KONTAKT… (Altiplano)

•Styczeń 18, 2011 • Dodaj komentarz

Prasa określa film „Altiplano” Petera Brosensa i Jessiki Woodworth z Magaly Solier i Olivierem Gourmet w rolach głównych zapierającym dech w piersiach arcydziełem, hipnotycznym poematem. Filmem, który w nieprzeciętny sposób przekracza wszystkie gatunki i filmowe schematy. Obraz pokazywany na wielu międzynarodowych festiwalach został nagrodzony m.in Grand Prix na MFF w Bangkoku oraz doceniony przez dziennikarzy w Cannes 2009 w trakcie „Tygodnia Krytyki”. Reżyser filmu na MFF w Kijowie opowiada Stopklatce o jego produkcji, spotkaniu z Magaly Solier i problemach z dystrybucją.

Magaly Solier

(…) „Gorzkie mleko” (2009) Claudii Llosy i „Altiplano” powstały  niemal równocześnie. Z jakich powodów to film Claudii dostał się do szerokiej dystrybucji w Europie?

Rzeczywiście, „Gorzkie mleko” zostało zakwalifikowane do konkursu w Berlinie, „Altiplano” pojechał kilka miesięcy później do Cannes. System dystrybucyjny nie ułatwia jednak artystycznym filmom dostania się do kin, w których zetkną się z szeroką publicznością. Poza tym jak wiele peruwiańskich historii może mieć premierę tego samego roku? Większość dystrybutorów wolała postawić na „Gorzkie mleko”, ponieważ jego reżyserką była Peruwianka, co wedle nich dodawało filmowi autentyzmu. Tymczasem zupełnie inaczej jest w Peru! Wystarczy przeczytać kilka tamtejszych recenzji, także tych dotyczących „Madeinusy”, by się przekonać, że film został całkowicie skrytykowany przez tamtejszych recenzentów – poniekąd z tych samych powodów, dla których „Altiplano” zostało odsunięte na dalszy plan w Europie. Dlaczego? Ponieważ Mario Vargas Llosa i Claudia zostali oskarżeni o to, że bezprawnie opowiadają historię Indian, o których tak naprawdę nie mają pojęcia jako dobrze sytuowana rodzina mieszkająca na przedmieściach Limy. Na mnie wszyscy w Europie patrzą podejrzliwie, ponieważ jestem Belgiem, więc cóż mogę wiedzieć o kulturze plemiennej w Peru?

Wspomniałeś jednak wcześniej, że Magaly Solier wypatrzyłeś właśnie w filmie Claudii Llosy. Jak doszło do waszego spotkania i późniejszej współpracy?

Po obejrzeniu filmu i stwierdzeniu, że Magaly musi być Saturniną, wspólnie z Jessicą udaliśmy się do Limy, gdzie mieszka Claudia. Bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy i zorganizowaliśmy spotkanie z Magaly. Wspólnie z żoną napisaliśmy scenariusz myśląc właśnie o niej. Magaly była blisko związana z wszystkimi kulturowymi aspektami scenariusza oraz po pierwsze z językiem Quechua wykorzystanym w wielu dialogach. Poza tym byliśmy oszołomieni tym, jak wielki i naturalny talent w niej drzemie. Nigdy nie odbyła żadnego kursu aktorskiego, prócz pracowania na planie filmów Claudii Llosy. Pięć lat temu sprzedawała owoce i warzywa na bazarze w małym miasteczku, gdzie zauważyła ją Claudia. Magaly nosi w sobie ogromne pokłady różnorodnych emocji. Duży wpływ miało na to oczywiście jej życie, ponieważ jako dziewczynka mieszkała w wiosce Ayacucho, która znajdowała się w centrum wojny domowej w Peru. Magaly dorastała w czasach przemocy, terroru i wszechobecnego strachu. Ukryła to wszystko w sobie. Kiedy jako reżyser proszę ją o zagranie jakiejś sceny, Magaly nie musi tworzyć niczego na zawołanie, wystarczy, że sięgnie do własnych emocji, własnej pamięci (…)

Całość wywiadu – Stopklatka.pl

Reklamy

3D TO WIELKI KROK WSTECZ. Mike Figgis

•Styczeń 17, 2011 • 6 Komentarzy

Jednym z jurorów minionego Międzynarodowego Festiwalu Kina Niezależnego Off Plus Camera 2010 był Mike Figgis – brytyjski reżyser, muzyk, kompozytor i pisarz. Twórca nominowanego do Oscara filmu „Zostawić Las Vegas” (1996) opowiedział Stopklatce o swoim entuzjazmie sprzed lat i współczesnej fascynacji nową kulturą filmową. Polemizował z Jamesem Cameronem na temat technologii 3D i oczarowany polskim jazzem wspomniał o finansowych katastrofach wielkich wytwórni filmowych.

Mike Figgis

(…) Powiedział pan bardzo ciekawą rzecz na temat kina 3D – określając je jako największy krok wstecz w historii kinematografii…

Rzeczywiście, ale jest to związane przede wszystkim z obecną sytuacją ekonomiczną wielkich wytwórni. Studia filmowe istnieją bowiem po to, aby zarabiać pieniądze. Realizacja skromnego filmu, który przyniesie zyski nie przekraczające miliona dolarów nie jest wystarczającym wyzwaniem. Powiedzmy, że wartość czterech motorów równa się wartości kilkudziesięciu samochodów. Bardziej opłaca się wyprodukować mniej, jeśli zarobić można tyle samo. Wtedy zyski przekroczą straty i firma może się rozwijać. Identyczną zasadę wyznają producenci filmowi. Technologia bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednocześnie wielu młodych twórców zaczęło się odsuwać od ścieżki, wytyczonej przez grube ryby świata show biznesu. Wielkie wytwórnie zaczęły borykać się z finansowymi problemami, zaczęto więc szukać sposobu, aby kinematografia znów stała się wielkim przemysłem rozrywkowym. Kiedy James Cameron wyszedł z pomysłem zrealizowania filmu w technice 3D, wytwórnie początkowo były sceptyczne – bały się, że pomysł tego typu zupełnie się nie sprawdzi. Jeszcze kilka lat temu obawiano się porażki, jednak obecnie, kiedy Cameron swoim sukcesem udowodnił, że miał dobrą intuicję – wytwórnie idą jego śladem. Pojawiła się bowiem ogromna szansa na zarobienie wielkich pieniędzy! Ekonomiczny sukces producentów, dla filmowców będzie jednak wielkim krokiem wstecz. Praca przy filmie w 3D jest niezwykle skomplikowana i powolna, wymaga ogromnych nakładów finansowych. Dla niezależnych reżyserów może to zamienić się w swoisty powrót sytuacji z lat trzydziestych, kiedy młodzi twórcy mogli jedynie śnić o Hollywood. W ogromnej większości byli bowiem tylko wiecznymi marzycielami, na których z wysokości Olimpu nie raczyła spojrzeć żadna z wielkich wytwórni. Obecnie dystans może okazać się przeszkodą równie niełatwą do pokonania (…).

Całość wywiadu – Stopklatka.pl

DYSFUNKCJA ĆMY (Mamut)

•Styczeń 17, 2011 • Dodaj komentarz

Mamut (Mammoth, 2009)
Lukas Moodysson

Mamut

 

(…) Bardzo cenię Moodyssona – reżysera kameralnych opowieści. Lubiłam, kiedy zamykał swoich bohaterów w czterech ścianach pustego mieszkania i udowadniał, że (…) mechanizmy psychologiczne, funkcjonujące wewnątrz wielkich (…) wydarzeń historycznych są tymi samymi, które rządzą sytuacjami intymnymi – aby znów użyć słów Kundery. Lubiłam jego kobiety, które karmił iluzjami, a potem boleśnie doświadczał. Lubię sekwencję otwierającą film Mamut, bo z każdą sekundą coraz głębiej zakorzenia się we mnie poczucie, że jest ona wielkim mirażem, który ulegnie destrukcji. W finale Lilji 4-ever (2002) Moodysson chciał uświadomić nam, że beztroska zabawa to rzecz nie z tego świata. Mając to w pamięci, patrzę z dystansem na rodzinne mamucie igraszki. Wciąż pielęgnuję też w sobie przekonanie, że portrety kobiet to element syntetyzujący twórczość Lukasa Moodyssona. Wiem, że rodzina w jego świecie nie istnieje, więc mój wzrok zatrzymuje się tylko na młodej matce – Allison (Michelle Williams). Idąc udeptaną ścieżką ku nowej produkcji reżysera, mijam po drodze Agnes i Elin z jego pełnometrażowego debiutu. Obie żyją jeszcze w świecie nastoletnich iluzji. Za zakrętem stoi szesnastoletnia Lilja, której odebrano wszystko z wyjątkiem nadziei na śmierć. W oddali widzę też kilka kobiet ze wspólnoty „Tylko razem”, każda z nich samotna i opuszczona na swój własny sposób. Nieopodal (na parkingu pod supermarketem) leży Tess, ma dziurę w sercu. Chciałabym, żeby do tego grona dołączyły Allison, Gloria i Cookie. Jeśli byłoby bowiem coś, w obronie czego stanęłabym , recenzując Mamuta Lukasa Moodyssona, wskazałabym na samo portretowanie kobiet. Typowe, pośpiesznie wycięte z rzeczywistości, przewidywalne – jak wizerunki kobiecości zagnieżdżone w świadomości społecznej (…)

Całość tekstu na łamach E-Splotu

PO CASSAVETESIE, MUMBLECORE

•Styczeń 17, 2011 • Dodaj komentarz

Niepokorne kino niezależne nie poddaje się łatwym kategoryzacjom. Filmowcy nie chcą być szufladkowani w ramach określonego nurtu. Jeśli jednak przez takowy mają się definiować, podkreślają, że nie popadają w żadne ograniczenia. „Nie tworzymy niczego na wzór Dogmy’95, nie mamy lidera ani zasad” – powiedział reżyser i aktor Mark Dupplas podczas festiwalu South by Southwest odbywającego się corocznie w Austin w Teksasie. Nie zmienia to faktu, że w amerykańskiej prasie filmowe poczynania grupy niezależnych twórców stały się rozpoznawalne dzięki produkcjom takim jak „Humpday” (2009) Lynn Shelton, nagrodzonym na festiwalu w Sundance przez Jury, a w Polsce dzięki „Pocałunkowi o północy” (2007) Alexa Holdridge’a – uhonorowanemu Grand Prix podczas drugiej edycji Off Plus Camery czy wreszcie „Go Get Some Rosemary” (2009) Josha i Benny’ego Safdie, pokazywanego w Konkursie Głównym minionego krakowskiego festiwalu. Wpisują się one bowiem w nurt nazwany Mumblecore przez Andrew Bujalskiego w „indieWIRE” po festiwalu South by Southwest w 2005 roku. Reżyserzy zyskali przy okazji miano Slackavetes dzięki dziennikarzom, którzy swój wykoncypowany termin ukuli odnosząc się do metody twórczej Johna Cassavetesa i koncepcji neo-slacker generation, wykorzystywanej przez Richarda Linklatera czy Kevina Smitha do portretowania ludzi dwudziestokilkuletnich, których apatia i swojego rodzaju lenistwo wpycha w obręb tzw. antymaterialistycznej kontrkultury (…)

Całość tekstu znajduje się TUTAJ.

[Artykuł został opublikowany w 16 numerze dwumiesięcznika filmowego 16mm]

DZIECI W PUSZKACH PO COCA-COLI (Mary i Max)

•Styczeń 17, 2011 • Dodaj komentarz

Mary i Max (Mary and Max, 2008)
Adam Elliot

Mary i Max

(…) Przygnębiająca szarość nowojorskich blokowisk i australijskie pejzaże odmalowane w kilkunastu odcieniach brązu, paranoiczny strach przed okazywaniem uczuć i potrzeba bliskości, nijaka dorosłość i okrutne dzieciństwo stały się poręcznymi elementami doskonałej, pod względem dramaturgicznym perfekcyjnie zakomponowanej historii. Reżyser z inżynierską precyzją ulepił za ich pomocą szereg emocji. Niecierpliwe podekscytowanie zmieszało się z rozczarowaniem i apatią; czarny humor z bolesnymi dramatami; cynizm z autentycznym współczuciem (…)

Całość tekstu na łamach E-Splotu

[Tekst ukazał się w 17 numerze dwumiesięcznika filmowego „16mm”]

CELE DO (NIE)ZREALIZOWANIA (Wszystko, co kocham)

•Styczeń 17, 2011 • Dodaj komentarz

Wszystko, co kocham (2010)
Jacek Borcuch

Według jednego z dyrektorów Sundance, Mateusz Kościukiewicz odtwarzający główną rolę w najnowszym filmie Jacka Borcucha „wygląda jak James Dean, Heath Ledger czy River Phoenix; w twarzy, w ruchach ma buntowniczość, której nie da się nie uwierzyć”. „Wszystko, co kocham” rzeczywiście zadziwia na tle obrazów o kontrkulturze, które w ciągu ostatnich miesięcy pojawiły się na ekranach kin. Zaskakuje tym, że nie ma w nim żenujących uproszczeń historycznych ani naiwności fabularnej, a wyczekiwany przez widzów punkowy dynamizm ustępuje miejsca studium buntu zatrzymanego tuż przed rewolucją (…)

Całość recenzji na łamach E-Splotu

MAŁE KINO – wielka rola, czyli pejzaż z Disneyem w tle

•Styczeń 17, 2011 • Dodaj komentarz

Małe Wielkie Kino. Film animowany od narodzin do końca okresu klasycznego
Paweł Sitkiewicz

(…) Książka o historii kina zawsze będzie subiektywna, bo ogrom zdarzeń zostaje przesiany przez wrażliwość jej autora. Paweł Sitkiewicz porusza jednak tak wiele tematów, że jego publikacja może stać się przewodnikiem po świecie animacji, świecie oswojonym, ale zwykle mało znanym. Badacz często pokazuje niedostrzegane wcześniej powiązania między różnymi dziedzinami lub odwrotnie – kwestionuje pozorne linie rozwojowe. Na szczegółowo opisanym tle społeczno-kulturowym konstruuje wyczerpujące analizy poszczególnych filmów, udowadniając, że animacja jest nie mniej uwikłana w arkany społecznych i politycznych rozgrywek niż kino aktorskie. Posługując się jego narzędziami badawczymi, można powiedzieć, że oscyluje między planem ogólnym a zbliżeniem, by wywołać w czytelniku poczucie wielopoziomowych interpretacji, a nie nerwowego przemykania po powierzchni zjawisk.

Całość recenzji na łamach E-Splotu