TO, CO DAŁ NAM ŚWIAT (Made in Poland)

•25 marca, 2011 • Dodaj komentarz

Made in Poland (2010)
Przemysław Wojcieszek

(…) Reżyser wykorzystuje w filmie sformułowania – wytrychy, jakby kartkował w pośpiechu manifesty sprzed kilku/kilkudziesięciu lat i zapisywał w swoim notesie co zgrabniejsze, bardziej wymowne idee. Bunt jego bohatera wyrasta na tym, co w naszych głowach zasiały pobieżne informacje o rewolucji kulturowej z drugiej połowy lat sześćdziesiątych czy politycznej z końca osiemdziesiątych.

Sekret „Made in Poland” kryje się raczej w pewnej bezkompromisowości środków, brutalnej formie punkowej rebelii, w której nie ma miejsca na intelektualne rozgrywki. Prym wiedzie czysta irracjonalność, dająca pierwszeństwo wyzwoleńczym protestom (…)

Całość recenzji na portalu INTERIA.pl

Krzysztof Zanussi. MORALISTA (PO) DEKONSTRUKCJI

•29 stycznia, 2011 • Dodaj komentarz

„Kiedy poczuję, że jestem wygwizdywany powszechnie, na pewno przestanę realizować filmy, bo twórczość jest wielkim wysiłkiem. Wciąż jednak pcha mnie do przodu niegasnące pragnienie, żeby coś jeszcze powiedzieć” – wyznał Krzysztof Zanussi w krakowskim Kinie Pod Baranami, gdzie w niebieskiej sali odbywała się projekcja jego najnowszego filmu, „Rewizyta„.

Podczas rozmowy przy herbacie reżyser przyznał, że prowadził partyzancką kontestację teorii Jacques’a Derridy, opowiedział o tym, czym pogardza, a co niezmiennie ceni. Stwierdził, że wyrosła ostatnio na gruncie polskiej kinematografii idea Restartu polskiego kina jest nikomu niepotrzebna, a sztuka z wyższej półki, choć „zawsze miała skłonność do sklerozy, często usztywnia się i martwieje” – powinna zawsze interesować nas najbardziej.

(…) Pisał pan, że sztuka nie może przeżyć bez pytań o sens istnienia, cierpienia, miłości. Pole, na którym przegrywa kino jest tym samym, na którym przegrywają wszystkie inne dziedziny sztuki. Czy uważa Pan, że współczesne kino nie zadaje pytań tego typu? Czym w takim razie karmi widzów?

Bez wątpienia papką! Z definicji jest nią zresztą cała popkultura. To świat miękki i łatwy, świat pozorów – ale i świat, który najłatwiej się sprzedaje i poddaje regułom rynku. Nastąpiła ogromna rewolucja społeczna. Mamy obecnie do czynienia z niebywałym awansem ogromnej rzeszy ludzi wywodzących się z niższych klas. Starzy inteligenci popełniają błąd nie dostrzegając tego procesu. Nowa klasa średnia wyłania się z mroku, tworzą ją ludzie ciemni, zagubieni. Wchodząc w obręb kultury otwierają oni przed sobą najgorsze drzwi – to widzowie seriali telewizyjnych, to czytelnicy marnych powieści, którzy wcześniej nie oglądali niczego pozytywnego, nie czytali. Wielką rzeszę ćwierć i półinteligentów trzeba jednak docenić, bo stanowią ogromną siłę. Ich awans pociągnął kulturę wysoką ku nizinom. Sztuka z wyższej półki zawsze miała skłonność do sklerozy, często usztywnia się i martwieje. Nastąpiła wymiana, nie ma ona jednak nic wspólnego ze zmieszaniem porządku wysokiego z niskim. Kultura zawsze będzie podzielona na wysoką i niską, to co najwyższe niezmiennie powinno interesować najbardziej. Większość jest zawsze w błędzie, większość wszystko robi gorzej. Średnia jest zawsze marna. (…)

Całość wywiadu Stopklatka.pl

W PUSTYM DOMU (Zagubieni w miłości)

•22 stycznia, 2011 • Dodaj komentarz

Zagubieni w miłości (Persecution, 2009)
Patrice Chereau

Zgodnie z doskonale znaną widzom polityką dystrybutorów, wchodzący na polski rynek film zyskał tytuł, który działa raczej na niekorzyść dzieła reżysera, który znakomicie operuje niedopowiedzeniem w kształtowaniu losów swoich bohaterów. Oryginalne prześladowanie ustąpiło miejsca „Zagubionym w miłości”, tytułowi który podświadomie przywołuje w widzach zapowiedź komedii wpisującej się w reguły gatunku lub kiepskiego dramatu, którego treść zapełnić może jedynie czas spędzony samotnie przed telewizorem w poniedziałkowy wieczór.

Chéreau przekracza jednak gatunkowe schematy i przesuwa akcent swojej opowieści w stronę realizmu, który dla widza stać się może nie do zniesienia. Nie ma bowiem na ekranie miłości, jaką wszyscy chcielibyśmy przeżyć, jest raczej dramat, który wielu znać może z autopsji. Reżyser „Intymności” (2001) nie proponuje ucieczki od rzeczywistości, w którą wplątani są jego bohaterowie. Nie odkrywa jej też krok za krokiem, obserwując nieśmiałe podchody człowieka,  zaczynającego podglądać życie drugiej osoby, by nauczyć się czegoś o sobie samym. Uczucia nie rodzą się tu powoli wraz z rozwojem fabuły, są raczej rodzajem brzemienia, które nieść trzeba na własnych barkach przez cały czas jej trwania. Prześladowani przez miłość bohaterowie gubią się, uciekając od słów bezkompromisowo rzuconych im w twarz (…)

Całość tekstu Stopklatka.pl

KIERUNEK – ZIEMIA OBIECANA, Amsterdam 1974 (Królowa Karo)

•21 stycznia, 2011 • Dodaj komentarz

Królowa Karo (My Queen Karo, 2009)
Dorothe van der Berghe

(…) Karo dorośnie obserwując beztroskę swojego ojca i zaangażowanie matki. Zrozumie, że idee Ravena mają więcej wspólnego z wiarą w fantazmat niż z rzeczywistością. Poczuje jak bliska jest Dalii, która sparzyła się marząc o wolności, kiedy podpali sobie włosy huśtając się w euforii nad świecami ustawionymi na ziemi. Za każdym razem, kiedy będzie brała w dłonie znalezionego jeża uświadomi sobie zaś, że tego, co dzikie i wolne nigdy nie uda się oswoić. Świat zbudowany z idei to zaś namiastka realnego życia, tak jak białe linie na podłodze squatu stanowią tylko substytut ścian w mieszkaniu. W „Dogville” (2003) Larsa von Triera tego typu zabieg oznaczał wprowadzenie w obręb filmu przestrzeni spektaklu, zaznaczenie umowności sytuacji. Belgijska reżyserka w podobny sposób rozgrywa historię Dalii, Ravena i Karo. Czyni z niej spektakl, ale nad formę – stawia ideę. Daje swoim bohaterom wolność jako jednostkom, ale jednocześnie ogranicza ją scenariuszem, który napisała historia ruchów kontestacyjnych. (…)

Całość recenzji Stopklatka.pl

DO GRANICY BÓLU (Czarny Łabędź)

•21 stycznia, 2011 • 6 Komentarzy

Czarny Łabędź (Black Swan, 2010)
Darren Aronofsky

67. MFF w Wenecji

Wenecja zdaje się być miastem doskonałym. Karminowe ściany kamienic nad Kanałem Grande stanowią doskonały kontrapunkt dla błękitno – zielonej wody; przymknięte w południe okiennice starych domów idealnie współgrają z wąskimi ulicami między nimi. Miasto tego typu wciąga w swoje zakamarki tych, którzy nie boją się zagubić w ślepych uliczkach. Perfekcja świata przedstawionego w kinie przejawia się w chwilach, gdy widz zatraca się w obrazie. Rezygnuje z intelektualnej kontroli nad narracją. Czuje dreszcze, kiedy bohaterka filmu mija na ulicy swojego sobowtóra. Zmaga się ze strachem, gdy ona ucieka przed samą sobą. Wraz z nią przygryza wargi i odczuwa niemal fizyczny ból, kiedy patrzy na jej poranione stopy. W swoim najnowszym filmie – „Czarny Łabędź” (2010), Darren Aronofsky rozbija świat przedstawiony na dwie warstwy – realną i wyobrażeniową, znów bawiąc się w grę, do której przyzwyczaił swoich widzów w poprzednich produkcjach.

Całość recenzji Stopklatka.pl

NA STAROŚĆ ZOSTANĘ MŁODĄ KOBIETĄ (Sufferrosa)

•19 stycznia, 2011 • Dodaj komentarz

Dawid Marcinkowski, twórca pierwszego zrealizowanego w Polsce filmu interaktywnego „Suferrosa” – dostępnego w sieci pod adresem www.sufferrosa.com opowiada Stopklatce o powstaniu projektu oraz długich narodzinach filmu. Zdradza także swoje fascynacje językiem kina niemego, który odnalazł we współczesnych wideoklipach, cytuje Godarda, wspomina spotkanie z Catwoman w Łodzi oraz zagłębia się w tajniki sztuki interaktywnej. Do spotkania doszło w czasie festiwalu Tofifest.

WHO IS ROSA VON BRAUN?

 

SUFFERROSA

 

(…) Założenie filmu jest takie, że widz montuje go samodzielnie podczas oglądania – wybiera własną ścieżkę, którą podąża w głąb opowiadanej historii. Ty jednak także wykorzystujesz montaż linkując kilka scen ze sobą. Na jakiej zasadzie to robisz?

Na początku widz ogląda prolog, który wprowadza go w akcję. Od sceny, w której detektyw Ivan Jonson budzi się w klinice zaczyna się w pełni interaktywna część filmu. Od tej chwili widz – detektyw porusza się po klinice profesora von Brauna i szuka Rosy. Jest to filmowy labirynt, pełen ukrytych przejść i niespodzianek. „Sufferrosa” składa się z prologu, ponad 120 scen. Ma 3 zakończenia. Wraz z moim programistą Grzegorzem Ludorowskm stworzyliśmy i zaprogramowaliśmy całą strukturę filmu, reszta jest w rękach widzów. Jako twórca nie mam wpływu na to w jaki sposób widz będzie się poruszał po filmie, w jakiej kolejności będzie oglądał sceny. To bardzo ciekawe.

A interaktywna powieść? W niej także słowa są linkami do kolejnych rozdziałów historii, którą budujesz w dowolny sposób.

Mówisz o hipertekście, zasadzie linkowania. W przypadku interaktywnych projektów filmowych mamy do czynienia z hipervideo. Zasada jest jednak dokładnie taka sama (…)

Całość wywiadu Stopklatka.pl

O SCENARIUSZU, KTÓRY ODŁOŻONO DO SZUFLADY (Aleksei Popogrebski)

•18 stycznia, 2011 • 1 komentarz

Jury 60. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za najlepsze zdjęcia uhonorowało operatora filmu „Kak ya provel etim letom” („How I Ended This Summer”), Pawła Kostumarowa. Równorzędna nagroda aktorska powędrowała do dwójki aktorów odtwarzających w filmie główne role – Seregia Puskepalisa i Grigory’ego Dobrygina. W Berlinie udało się porozmawiać z reżyserem, Alekseiem Popogrebskim – jego film wchodzi obecnie na ekrany polskich kin.

How I Ended This Summer

(….) Powiedziałeś, że zwykle reżyserujesz rękami, nie używając nadmiaru słów. Oczywiście od razu pojawiły mi się przed oczami filmy Andrieja Tarkowskiego. Czy jako młody rosyjski reżyser poddajesz się wpływom autora „Stalkera”?

Bez wątpienia Andriej Tarkowski jest doskonałym, wybitnym reżyserem. Jednak kiedy robię film, stawiam sobie zupełnie inny cel, niż on. Tarkowski tworzył parabole, używał niemal biblijnych odniesień, mitów, symbolicznych obrazów i koncepcji. Ja chcę opowiadać konkretne historie na temat konkretnych osób. Dopiero na ich podstawie widzowie mogą tworzyć jakieś generalne idee czy doszukiwać się w filmie naddanych konceptów. Nie staram się odgórnie umieszczać w filmach górnolotnych teorii filozoficznych, to nie działa. Kiedy oglądam film skonstruowany w taki sposób, po kilku minutach zaczynam odczuwać ciążące przesłanie, które chce mi przekazać reżyser. I wtedy zupełnie się od tego odcinam. W swoich filmach chcę patrzeć na ludzi i pokazywać ich zmagania ze sobą i światem. Wierzę, że przyglądając się detalom, można przekazać ogromne przesłanie. Ale ono nie może być reżyserowane. Może się pojawiać tylko wtedy, kiedy określony widz dostrzeże je w obrazie.

Umieszczasz swoich bohaterów w niemal zupełnie pustej przestrzeni. W ten sposób każdy gest czy grymas twarzy staje się podwójnie widoczny. Każda emocja wybrzmiewa dużo silniej…

„How I Ended This Summer” jest zupełnie inny od mojego poprzedniego filmu. W „Simple Things” opowiadałem historię lekarza pracującego w miejskim szpitalu. Akcja obfitowała w różnorodne sytuacje, film miał wielu bohaterów. Obecna produkcja skupia się na dwóch osobach odizolowanych od świata, ponieważ chciałem się zastanowić, co się dzieje, kiedy człowiek zostanie wyrzucony poza cywilizację. Gdy nie będzie musiał przestrzegać konwencji narzuconych przez konieczność współistnienia w społeczeństwie i znajdzie się w miejscu, gdzie życie i śmierć będą rozumiane w innych kategoriach. Bohaterowie musieli znaleźć się w izolacji, na wyspie. Głównym celem podczas zdjęć było odnalezienie prawdziwej stacji meteorologicznej, żeby w pełni doświadczyć życia w jej obrębie. Dlatego cała ekipa filmowa spędziła na Czukotce trzy miesiące. Film był zaś kręcony chronologicznie, więc ewolucja postaci wiązała się z przemianami, jakie zachodziły w aktorach podczas rzeczywistego pobytu na stacji (…)

Całość wywiadu – Stopklatka.pl

Recenzja filmu

KONTAKT… (Altiplano)

•18 stycznia, 2011 • Dodaj komentarz

Prasa określa film „Altiplano” Petera Brosensa i Jessiki Woodworth z Magaly Solier i Olivierem Gourmet w rolach głównych zapierającym dech w piersiach arcydziełem, hipnotycznym poematem. Filmem, który w nieprzeciętny sposób przekracza wszystkie gatunki i filmowe schematy. Obraz pokazywany na wielu międzynarodowych festiwalach został nagrodzony m.in Grand Prix na MFF w Bangkoku oraz doceniony przez dziennikarzy w Cannes 2009 w trakcie „Tygodnia Krytyki”. Reżyser filmu na MFF w Kijowie opowiada Stopklatce o jego produkcji, spotkaniu z Magaly Solier i problemach z dystrybucją.

Magaly Solier

(…) „Gorzkie mleko” (2009) Claudii Llosy i „Altiplano” powstały  niemal równocześnie. Z jakich powodów to film Claudii dostał się do szerokiej dystrybucji w Europie?

Rzeczywiście, „Gorzkie mleko” zostało zakwalifikowane do konkursu w Berlinie, „Altiplano” pojechał kilka miesięcy później do Cannes. System dystrybucyjny nie ułatwia jednak artystycznym filmom dostania się do kin, w których zetkną się z szeroką publicznością. Poza tym jak wiele peruwiańskich historii może mieć premierę tego samego roku? Większość dystrybutorów wolała postawić na „Gorzkie mleko”, ponieważ jego reżyserką była Peruwianka, co wedle nich dodawało filmowi autentyzmu. Tymczasem zupełnie inaczej jest w Peru! Wystarczy przeczytać kilka tamtejszych recenzji, także tych dotyczących „Madeinusy”, by się przekonać, że film został całkowicie skrytykowany przez tamtejszych recenzentów – poniekąd z tych samych powodów, dla których „Altiplano” zostało odsunięte na dalszy plan w Europie. Dlaczego? Ponieważ Mario Vargas Llosa i Claudia zostali oskarżeni o to, że bezprawnie opowiadają historię Indian, o których tak naprawdę nie mają pojęcia jako dobrze sytuowana rodzina mieszkająca na przedmieściach Limy. Na mnie wszyscy w Europie patrzą podejrzliwie, ponieważ jestem Belgiem, więc cóż mogę wiedzieć o kulturze plemiennej w Peru?

Wspomniałeś jednak wcześniej, że Magaly Solier wypatrzyłeś właśnie w filmie Claudii Llosy. Jak doszło do waszego spotkania i późniejszej współpracy?

Po obejrzeniu filmu i stwierdzeniu, że Magaly musi być Saturniną, wspólnie z Jessicą udaliśmy się do Limy, gdzie mieszka Claudia. Bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy i zorganizowaliśmy spotkanie z Magaly. Wspólnie z żoną napisaliśmy scenariusz myśląc właśnie o niej. Magaly była blisko związana z wszystkimi kulturowymi aspektami scenariusza oraz po pierwsze z językiem Quechua wykorzystanym w wielu dialogach. Poza tym byliśmy oszołomieni tym, jak wielki i naturalny talent w niej drzemie. Nigdy nie odbyła żadnego kursu aktorskiego, prócz pracowania na planie filmów Claudii Llosy. Pięć lat temu sprzedawała owoce i warzywa na bazarze w małym miasteczku, gdzie zauważyła ją Claudia. Magaly nosi w sobie ogromne pokłady różnorodnych emocji. Duży wpływ miało na to oczywiście jej życie, ponieważ jako dziewczynka mieszkała w wiosce Ayacucho, która znajdowała się w centrum wojny domowej w Peru. Magaly dorastała w czasach przemocy, terroru i wszechobecnego strachu. Ukryła to wszystko w sobie. Kiedy jako reżyser proszę ją o zagranie jakiejś sceny, Magaly nie musi tworzyć niczego na zawołanie, wystarczy, że sięgnie do własnych emocji, własnej pamięci (…)

Całość wywiadu – Stopklatka.pl

3D TO WIELKI KROK WSTECZ. Mike Figgis

•17 stycznia, 2011 • 6 Komentarzy

Jednym z jurorów minionego Międzynarodowego Festiwalu Kina Niezależnego Off Plus Camera 2010 był Mike Figgis – brytyjski reżyser, muzyk, kompozytor i pisarz. Twórca nominowanego do Oscara filmu „Zostawić Las Vegas” (1996) opowiedział Stopklatce o swoim entuzjazmie sprzed lat i współczesnej fascynacji nową kulturą filmową. Polemizował z Jamesem Cameronem na temat technologii 3D i oczarowany polskim jazzem wspomniał o finansowych katastrofach wielkich wytwórni filmowych.

Mike Figgis

(…) Powiedział pan bardzo ciekawą rzecz na temat kina 3D – określając je jako największy krok wstecz w historii kinematografii…

Rzeczywiście, ale jest to związane przede wszystkim z obecną sytuacją ekonomiczną wielkich wytwórni. Studia filmowe istnieją bowiem po to, aby zarabiać pieniądze. Realizacja skromnego filmu, który przyniesie zyski nie przekraczające miliona dolarów nie jest wystarczającym wyzwaniem. Powiedzmy, że wartość czterech motorów równa się wartości kilkudziesięciu samochodów. Bardziej opłaca się wyprodukować mniej, jeśli zarobić można tyle samo. Wtedy zyski przekroczą straty i firma może się rozwijać. Identyczną zasadę wyznają producenci filmowi. Technologia bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednocześnie wielu młodych twórców zaczęło się odsuwać od ścieżki, wytyczonej przez grube ryby świata show biznesu. Wielkie wytwórnie zaczęły borykać się z finansowymi problemami, zaczęto więc szukać sposobu, aby kinematografia znów stała się wielkim przemysłem rozrywkowym. Kiedy James Cameron wyszedł z pomysłem zrealizowania filmu w technice 3D, wytwórnie początkowo były sceptyczne – bały się, że pomysł tego typu zupełnie się nie sprawdzi. Jeszcze kilka lat temu obawiano się porażki, jednak obecnie, kiedy Cameron swoim sukcesem udowodnił, że miał dobrą intuicję – wytwórnie idą jego śladem. Pojawiła się bowiem ogromna szansa na zarobienie wielkich pieniędzy! Ekonomiczny sukces producentów, dla filmowców będzie jednak wielkim krokiem wstecz. Praca przy filmie w 3D jest niezwykle skomplikowana i powolna, wymaga ogromnych nakładów finansowych. Dla niezależnych reżyserów może to zamienić się w swoisty powrót sytuacji z lat trzydziestych, kiedy młodzi twórcy mogli jedynie śnić o Hollywood. W ogromnej większości byli bowiem tylko wiecznymi marzycielami, na których z wysokości Olimpu nie raczyła spojrzeć żadna z wielkich wytwórni. Obecnie dystans może okazać się przeszkodą równie niełatwą do pokonania (…).

Całość wywiadu – Stopklatka.pl

DYSFUNKCJA ĆMY (Mamut)

•17 stycznia, 2011 • Dodaj komentarz

Mamut (Mammoth, 2009)
Lukas Moodysson

Mamut

 

(…) Bardzo cenię Moodyssona – reżysera kameralnych opowieści. Lubiłam, kiedy zamykał swoich bohaterów w czterech ścianach pustego mieszkania i udowadniał, że (…) mechanizmy psychologiczne, funkcjonujące wewnątrz wielkich (…) wydarzeń historycznych są tymi samymi, które rządzą sytuacjami intymnymi – aby znów użyć słów Kundery. Lubiłam jego kobiety, które karmił iluzjami, a potem boleśnie doświadczał. Lubię sekwencję otwierającą film Mamut, bo z każdą sekundą coraz głębiej zakorzenia się we mnie poczucie, że jest ona wielkim mirażem, który ulegnie destrukcji. W finale Lilji 4-ever (2002) Moodysson chciał uświadomić nam, że beztroska zabawa to rzecz nie z tego świata. Mając to w pamięci, patrzę z dystansem na rodzinne mamucie igraszki. Wciąż pielęgnuję też w sobie przekonanie, że portrety kobiet to element syntetyzujący twórczość Lukasa Moodyssona. Wiem, że rodzina w jego świecie nie istnieje, więc mój wzrok zatrzymuje się tylko na młodej matce – Allison (Michelle Williams). Idąc udeptaną ścieżką ku nowej produkcji reżysera, mijam po drodze Agnes i Elin z jego pełnometrażowego debiutu. Obie żyją jeszcze w świecie nastoletnich iluzji. Za zakrętem stoi szesnastoletnia Lilja, której odebrano wszystko z wyjątkiem nadziei na śmierć. W oddali widzę też kilka kobiet ze wspólnoty „Tylko razem”, każda z nich samotna i opuszczona na swój własny sposób. Nieopodal (na parkingu pod supermarketem) leży Tess, ma dziurę w sercu. Chciałabym, żeby do tego grona dołączyły Allison, Gloria i Cookie. Jeśli byłoby bowiem coś, w obronie czego stanęłabym , recenzując Mamuta Lukasa Moodyssona, wskazałabym na samo portretowanie kobiet. Typowe, pośpiesznie wycięte z rzeczywistości, przewidywalne – jak wizerunki kobiecości zagnieżdżone w świadomości społecznej (…)

Całość tekstu na łamach E-Splotu